VIDEO »   Red Arrows RIAT 2024        GALERIA »   Zapraszamy do umieszczania zdjęć w naszej galerii   

Zobacz kanał RSS

Wieści z Nory - O pracy i życiu oczami czterdziestolatka

Giro di Italia czyli urlop cz.4 Piza.

Oceń wpis
przez w dniu 08-10-2015 o 09:04 (2090 Odsłon)
Muszę się do czegoś przyznać. Kolejne wpisy, aby nie zalewać wszystkich potokiem informacji, miałem pisać mniej więcej po uzyskaniu 200 wejść. Dlatego też drugi wpis od pierwszego miał jakieś 2 tygodnie zwłoki. Jeszcze więcej przerwy było pomiędzy drugim i trzecim, za to opis Rzymu stał się tak szybko oglądany, że tą właśnie część będę pisał dopiero po ponad 340 odsłonach. Tak czy siak nie zmienia to faktu, że piszę dopiero wtedy kiedy mam czas.

A dziś czas na Pizę. Jak już wiecie przez ulewę nie dane nam było odwiedzić tego miasta zaraz po zakotwiczeniu w nowym miejscu. I wydarzenia, a raczej widoki które nastąpiły następnego dnia spowodowały, że uznałem, że ktoś na GÓRZE zadecydował, że właśnie tak ma to wyglądać. Dzień kolejny był bowiem niesamowicie słoneczny ale i niezbyt upalny, co bardzo przydaje się w czasie zwiedzania upakowanego zabudowaniami miasta. Tyle, że aby zacząć zwiedzanie trzeba wpierw tam dojechać. Organizacja przewozów kolejowych w tamtej porze dnia czyli okolicy godz. 10 spowodowała, że pociąg którym udaliśmy się do Pizy był z gatunku tych przyspieszonych i zatrzymał się zaledwie 7 razy, ale za to tylko na 4 stacjach. Zdziwieni, no to tak ja wtedy. Bo o ile pierwsza stacja po Cecinie, Vada to w porządku, z reguły pociągi zatrzymują się na kolejnych stacjach, druga i trzecia tym bardziej, bo to znane ośrodki wypoczynkowe (Rosignano i Castiglioncello) o tyle kolejny postój był zagadkowy. Kto bywał w tamtych rejonach ten wie, kto nie był niech będzie, dla pozostałych ciekawostka. Pociąg zatrzymał się dokładnie tak abym z bliska zobaczył i sfotografował wysoki wiadukt przebiegający nad plażą która ma nazwę Spaggia di Calignaja w ciągu drogi SS1 w stronę Livorno. Do dziś tego nie rozumiem, przecież przejazd dalszy nie wiązał się z żadna zmiana torów czy innymi ograniczeniami, nie było też jakiegoś posterunku kolejowego, w którym maszynista dostałby tzw. „rozkaz”, po prostu zatrzymał się i już, a dla mnie widok bomba. Kolejny przystanek to już oczekiwanie na wjazd do portowego miasta Livorno, a po krótkim postoju na dworcu, kolejne widoki i niespodzianka. Widoki to chyba ręką człowieka wykonane cztery kanały, nawet nazwy nie mają (przynajmniej na google maps) ale wyglądają rewelacyjnie, a niespodzianka to powód dla którego zatrzymaliśmy się w polu po raz kolejny. Okazało się, że Piza to dość ważny węzeł kolejowy, który z racji położenia geograficznego łączy większe miasta wybrzeża zachodniego (Rzym, Grosetto, Genua) z miastami leżącymi w głębi lądu (Florencja). Do tego stację kolejową możliwe że ze względów geologicznych wybudowano pomiędzy lotniskiem a starym miastem i ukierunkowano w osi wschód zachód. Powoduje to, że jadąc np. z Grosetto do Florencji objeżdża się lotnisko o zachodu, a jadąc np. z Grosetto do Genui lub gdy pociąg kończy bieg w Pizie i wraca do Grosetto, wcześniej musi minąć lotnisko od wschodu i jedzie dalej bez zmiany kierunku jazdy. Pogmatwane to trochę ale dla żądnego wrażeń turysty z zacięciem lotniczym (jakby co to o mnie) nie ma lepszego rozwiązania na obejrzenie lotniska z każdej strony bez zmęczenia. Dzięki temu na własne oczy zobaczyłem, że lotnisko w tym mieście to baza wojskowa ze stojącymi wokół Herkulesami, są także hangary remontowe i inne zaplecza militarne.

Skoro już jesteśmy na miejscu to jeszcze rzut oka na sąsiedni peron na którym stoi stare Pendolino, potem sprawdzenie rozkładu i od razu bilet ( 23 E w jedną stronę za 4 osoby) i wychodzimy na „miasto”. Wbrew pozorom dojście do pierwszej atrakcji nie jest trudne Plac Viktora Emanuela II to tylko 100 m do przejścia pod arkadami i my przeszliśmy je błyskawicznie. Był ku temu jeden powód „naciągacze” im szybciej idziesz tym mniej maja czasu aby o coś ciebie zapytać. Za placem już ich nie ma więc kolejna atrakcja to most na rzece ARNO, ponieważ mostów jest kilka i żal się powtarzać my w stronę Krzywej Wierzy szliśmy Via Francesko Crispi. Kilka fotek na moście, potem wbrew oznaczeniom kierujemy się z mostu na wprost, a po 30m. lekko w prawo na via Roma, po kilku przecznicach mijamy ogród botaniczny i już widać atrakcję dnia, a przynajmniej tak nam się wydawało. O wieży prawie nic nie napiszę, bo każdy wie że krzywa i prawie każdy robi sobie fotkę jak tą wieżę podpiera, dla mnie to trochę dziecinne ( to podpieranie) wolę podziwiać płaskorzeźby galer i misterię zwieńczeń kolumn na zewnętrznych częściach budowli. Zwiedzanie i wejście na górę jest możliwe ale tylko 30 osób na godzinę, my około 13 mogliśmy kupić bilety dopiero na 18:30 więc dziękuję siedzieć tyle czasu, lepiej zwiedzić stare miasto. Po obejrzeniu z zewnątrz innych zabytków czyli katedry, baptysterium i cmentarza, udajemy się w powrotną drogę ulicą Via Santa Maria, potem skręcamy w Via dei Mille, potem Via Corsica i via Ulisse Dini dojść do Via Guglielmo Oberdan. Okazało się to strzałem w dziesiątkę i tak ładnych kamieniczek i klimatycznych zaułków to po drodze to nawet w Rzymie nie widziałem. Jeszcze tylko przejść przez most i dostajemy się w główny deptak handlowy Pizy Corso Italia. Czasem lubię sobie pochodzić po galeriach handlowych ale to co innego niż chodzenie w 30 stopniowym upale jak cię czas pogania, więc robiąc tu i tam fotki mamy jeszcze czas zjeść lody w zasadzie już u wrót placu Emmanuela II, potem na peron i do pociągu. Ten okazał się jeszcze lepszy od poprzedniego bo oprócz Livorno nie zatrzymał się ani razu więc w Cecinie byliśmy po 35 minutach. Super jest czas na małe zakupy w Lidlu (był najbliżej dworca więc zostawiałem tam samochód) i jeszcze można popływać na basenie.

Następny dzień stoi pod znakiem zapytania, co robić: można przecież cały dzień spędzić na basenie, ale Szanowna Małżonka ma inne zdanie, chce zobaczyć morze. Tak, tylko gdzie jechać jak najbliższe wybrzeże zanieczyszczone jest przez spływające błoto. Wziąłem więc mapę w obroty i wyszło mi, że najłatwiej będzie dojechać do Marina di Castagneto Carducci. Łatwy zjazd i prosta droga spowodują, że przynajmniej nie zabłądze. Niestety wyszło trochę inaczej, w poszukiwaniu dojazdu do plaży trafiłem w takie rejony, że dałem sobie spokój (drogi jednokierunkowe) zaparkowałem na polu, które służyło za parking dla pobliskiego wielkiego wesołego miasteczka, a poszukiwanie wielkiej wody powierzyłem Nogom. Pierwszą część drogi przeszliśmy po Via del Seggio i to było bardzo przyjemne, bo przy tej ulicy stały same nowe ciekawe domki, które pewnie Włosi wykorzystują na swoje pobyty wakacyjne. Niestety zakończenie drogi to zakończenie dobrego samopoczucia, umiemy już zapytać się o morze po włosku więc robimy to bez wahania i po zawiłych drogach, wśród sosnowego lasu w końcu docieramy do plaży. Widok nie napawa optymizmem woda jest ciut czystsza, ale na pewno nie błękitna, a plaża cała w patykach i wodorostach. Jesteśmy twardzi i siedzimy na niej ze 2 godziny, starszy syn i żona to się nawet kąpią, ale ileż można gapić się na spienione błoto. Schodząc z plaży nie kierujemy się po śladach tylko w ramach zwiedzania idziemy dalej drogą przy plaży aż docieramy do Campingu Etruria, a tam okazuje się że jak byśmy uparli się i jechali do tego kempingu samochodem, po znakach, to zaoszczędzilibyśmy sporo czasu i nie trzeba by było iść te 1,5 km na piechotę. Teraz to już wiemy. Na dzisiaj pozostaje już sprawdzić tylko drogę z ronda w lewo czyli Via Della Marina, która doprowadza nas do czegoś co można nazwać ścisłym centrum tej miejscowości. Niestety brak miejsc do zaparkowania powoduje, że decydujemy się tyko przejechać dookoła i wracać do mieszkania na kolację.

Ostatniego dnia przed wyjazdem, ćwiczymy oczywiście basen bo w Polsce to już czasu na opalanie nie będzie. Poprzednia wizyta nad morzem nie skończyła się tak jakbyśmy tego chcieli, nastroje są mizerne, a gdzieś w głowie słyszę niedawno zadane pytanie: dlaczego nie pojedziemy do Piombino, tam gdzie żył Lambo: Pies Który Jeździł Koleją. Odpowiedź zawsze była jednakowa: za daleko, ale dziś jak fundusze są na odpowiednim poziomie po basenie jedziemy. Stawiam tylko jeden warunek: z Ceciny dojeżdżamy tylko do osiedla, pojedźmy więc dalej Az do samego Guardistallo. I oczywiście była to trochę za późna ale ze wszech miar słuszna decyzja. Po pierwsze ze względu na drogę, jeszcze pamiętam jak na motorze największą frajdę miałem z zakrętów, a te kilka kilometrów to w zasadzie jeden wielki zakręt, wąż niemalże ale z dobra nawierzchnią. Po drugie w końcu można było poczuć i zobaczyć duch Toskanii. Te falujące łagodne wzgórza pokryte oliwkowymi drzewami i innym zielonym czymś, te zamglone widoki oddalonego o 5-6 km morza i ta architektura wiejskiego miasteczka z wąskimi uliczkami.

Wszystko ma swój niepowtarzalny urok, niestety który kończy się jak w drodze zjeżdżamy do knajpy z niby toskańskim jedzeniem. Nie dość że bez szału, to jeszcze za 60 E, dobrze że potem trzeba było się skupić na wjeździe bo droga co i rusz poprzecinana była rondami. Nie wiem po co bo przecież było jeszcze lato a ruch do portu który znajduje się przed miastem był znikomy. Wystarczyło trzymać się oznaczenia do centrum , gorzej że w pewnym momencie się skończyło i trzeba było improwizować. I tak z głównej Viale Unita D’Italia, jedziemy rozglądając się czy wart się zatrzymać, potem następuje Viale Galileo Galilei, nadal nie warto, aby ostatecznie trafić na Via Giordano Bruno, która kończy się błękitnym niebem jako, że idzie lekko w górę. Parkujemy i idziemy sprawdzić gdzie jesteśmy. Okazuje się że dotarliśmy w pobliże wybrzeża, w najbliższym możliwym sąsiedztwie dawnego zamku w Piombino. Jest już późno więc zamek nas mało interesuje, za to nie tak odległy widok Elby prowokuje, aby podejść jeszcze bliżej. Tam okazuje się, że w dole jest mała kamienista plaża z przepiękną błękitna wodą, jak nic trzeba się tam udać, tym bardziej, że i jest trochę miejscowych. Szybko więc schodzimy, ja zostaje pilnować dobytku, a Żona z dzieciakami wchodzą do wody. Mają niełatwo bo dno jest ze skały i to porowatej, a na dodatek za kilka chwil okazuje się że przepływające tedy promy prokurują fale, których wysokość dochodzi do pół metra i nie są niczym poprzedzone. Gdy morskie zachcianki są już spełnione uciekamy z plaży czym prędzej bo osy lub pszczoły poszukują w tamtym miejscu pożywienia i nie chcemy się narażać. Oczywiście na samej górze przy wejściu na plaże widnieje ostrzeżenie o falach i to w trzech językach, którego oczywiście z pospiechy nie zobaczyliśmy. Nic to trzeba jeszcze jakoś wrócić i tym sposobem jadą za znakami Via Zara i Via Antonio Pacinotti trafiamy wprost na stację kolejową. Skoro już jesteśmy nie waham się ani chwili, staje gdzie popadnie (jak Włoch) i idę robić fotki na dworcu, dzieciaki o dziwo wbrew zakazowi Ida za chwilę za mną. Przez chwilę robi się niezwykle romantycznie, to samo uczucie dosięgło mnie w zeszłym roku jak jechałem po innej znanej z książki scenerii czyli drogą do Cuneo.

Od dworca jest tylko kawałek drogi do ronda na którym można dojechać do przeprawy na Elbę my jednak mamy inne plany (no dobra ja mam) i decyduję się pojechać jeszcze w inne miejsce nad morzem. I jak zwykle znowu był to niezamierzony strzał w dziesiątkę. W miejscowości Fiorentina która jest przedmieściem Piombino kierujemy się na San Vincenzo, aby po 2-3 km skręcić w lewo w stronę miejscowości Baratti i Populonia. Jest to o tyle ciekawe miejsce, że wydobywano tam rudę , żelaza i przetapiano w piecach umiejscowionych poniżej morza, przez co SA tam aktywne stanowiska wykopaliskowe, ale także nas jako turystów bardziej interesuje malutka plaża i wspaniała zatoka z czysta woda bez fal, za to z dnem które robi się głębokie dopiero jakieś 200 metrów od brzegu. Jakbym wcześniej o tym wiedział, nie jechałbym w ogóle gdzie indziej, a może nawet poświęciłbym przedpołudnie z basenem aby dłużej tam zostać. Nie ma co jednak, żałować może zdarzy się jeszcze okazja, żeby wrócić w tamte rejony, dzisiaj jeszcze trzeba wrócić posprzątać pokój i przygotować się do spakowania w końcu już jutro powrót i ciężki etap do Monachium.
vivere and tartal like this.

Umieść "Giro di Italia czyli urlop cz.4 Piza." do Facebook Umieść "Giro di Italia czyli urlop cz.4 Piza." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar vivere
    • |
    • permalink
    W tych rejonach z ostatniego akapitu masz camp Park Albatros... Jeśli jeszcze kiedyś ruszę z Vacansoleil to chyba właśnie tam
  2. Awatar lelek7
    • |
    • permalink
    Tak wiem, że był Park Albatros ale jak już zobaczyłem ceny, prawie 1,5 raza więcej niż rzeczone osiedle obok Ceciny, dałem sobie spokój. Miałem też możliwość zabukowania jeszcze kwatery w samym San Vincenzo, z basenem na dachu, ale żona nie była pewna, więc po dwóch dniach przepadło
  3. Awatar lelek7
    • |
    • permalink
    To jest jakaś zmowa, odkąd zdradziłem jak często piszę to z dnia na dzień zrobiliście tyle wejść, żebym poczuł się zobowiązany, niestety kolejny wpis dopiero najwcześniej jutro