VIDEO »   Red Arrows RIAT 2024        GALERIA »   Zapraszamy do umieszczania zdjęć w naszej galerii   

Zobacz kanał RSS

Wieści z Nory - O pracy i życiu oczami czterdziestolatka

Giro di Italia czyli urlop cz.5 Powrót.

Oceń wpis
przez w dniu 16-10-2015 o 10:25 (1673 Odsłon)
Opuszczamy osiedle jak najwcześniej. Tyle że na początek trzeba jeszcze oddać mieszkanko w nienaruszonym stanie, co w porównaniu do zeszłego roku, weryfikuje recepcjonista. Jest OK., więc arrivederci i w drogę. No może nie tak szybko, bo po wieczornym buszowaniu w sieci nadal nie mogę zdecydować się, którym wariantem drogi pojechać. Cel to Monachium, a jak Monachium to na pewno przełęcz Brenner, a jak przełęcz to wiadomo Verona, dylemat jest tego typu czy jedziemy kawałkiem autostrady płatnej do Livorno, potem bezpłatną ekspresówką do Florencji, a potem już prosto do Boloni, czy raczej prosto na północ do La Spezia, potem odbić na Parmę, a tam finalnie na Modenę skąd już wiedzie prosta droga do Insbruck’u. Nie mogłem włączyć mojej ulubionej stronki Map24.pl, która podaje kilometry i przewidywany czas przejazdu, więc wygrało skąpstwo i połaszczyłem się na bezpłatny przejazd do Florencji.

Już dojeżdżając do bramek opłat, obok miejscowości Mortaiolo, zacząłem trochę żałować, dlaczego, ponieważ przede mną powoli wyłaniał się z porannych mgieł wspaniały widok mocno poszarpanego masywu górskiego, które góruje nad Pizą i nawet startującym w tym kierunku samolotom, każe robić zwrot w lewo nad morze. Druga rzecz która, zepsuła mi radość z jazdy to ciężarówki, a już po kilku kilometrach także i fotoradary. Tak niestety mam tego pecha, że jak już chcę jechać jakąś bezpłatną drogą we Włoszech to zawsze muszą się na niej pałętać jakieś durne urządzenia które spowalniają jazdę (3 lata temu był to mobilny fotoradar w okolicy zjazdu na Borgo Sant’Anna na trasie Ferrara-Porto Garibaldi). Te miałem wrażenia, że nie działały bo żadnego błysku nie widziałem, ale po alergicznej reakcji hamowania przez jadących przede mną Włochów, znów musiałem się rozpędzać a ja po prostu nie lubię robić tego bez potrzeby. To jednak nie koniec narzekania na lokalnych (znaczy się włoskich) kierowców. Obwodnica Florencji była w tym czasie w remoncie co spowodowało zwężenie z 3 pasów do 2, więc ruch odbywał się w szarpany sposób tzn. wszyscy hamowali prawie do zera a potem następowało gromadne wyruszanie do przodu z wyprzedzaniem z prawego pasa na lewy, bo przecież pan z Punto na lewym pasie jest u siebie i robi co chce, a to że ma tylko 60 koni pod maską czyli np. 2 razy mniej niż moja skoda, to nic.

Po zniknięciu robót, dalsza trasa prowadzi już niestety tylko 2 pasami i to przeważnie wśród zakrętów i gór, i tylko zastanawiam się czy takie wielkie zgromadzenie ciężarówek, że aż po horyzont zajmują prawy pas, to efekt piątku, czy tu zawsze tak jest, bo jadąc w przeciwną stronę nie było tego widać. Praktycznie nie da się zjechać na prawy pas, a lewym co i rusz poruszają się co nie potrafią brać zakrętów. Już wspominałem, że jak jakiś Włoch nie jest w stanie ściąć swojego pasa ruchu, a przy jadących ciurkiem na prawy pasie ciężarówkom, oczywiście nie może, hamuje przed każdym napotkanym zakrętem. Zatem jazda wygląda tak: hamowanie, zakręt, 2 sek., przyspieszenia, hamowanie, zakręt i to wszystko na autostradzie przy prędkości 110-120 km/h, oszaleć można. Oczywiście dzielnie znoszę takie fanaberie, bp nie jestem u siebie, ale po pierwsze mamy jeszcze 800km do pokonania i w takim tempie do przed północą nie zajedziemy, a po drugie szybko nadwyręża moją cierpliwość. Okazja nadarzyła się na którymś z podjazdów. Wiadomo nie wszystkie ciężarówki mają 500 koni mocy więc aby poruszać się pod większe wzniesienie redukują biegi, tworząc całkiem pokaźne luki. Przede mną był jakiś biznesmen chyba bo BMW X5 nie wszystkim się podoba, ale jak nie jest w stanie pojechać szybciej po zakrętach mógł wybrać sobie pociąg. Po kolejnym hamowaniu przed zakrętem zredukowałem na 5 i dałem gaz potem przed Niemca w Mercedesie klasy E, reszta to formalność, Skoda Yeti idzie po zakrętach jak po sznurku, bagaż mamy dobrze zamocowany i nic nie lata więc do minięcia potrzeba było niecałe 500 wolnego i zdaje się, że mercedes tez już miał dość bo podążył w moje ślady.

Gość w BMW chyba był trochę zdenerwowany, bo jak teren przed Bolonia zrobił się i płaski i były już 3 pasy to dogonił nas, grubo przekraczając 140, ale na prostej to i syrenka z mocnym silnikiem tyle by pojechała, więc żaden to wstyd być wyprzedzonym w takiej sytuacji, szczególnie, że żona robiła wtedy fotkę jakiejś fajne okrągłej fortecy lub kościoła w kolorze różowo-brązowym i trzeba było zmniejszyć wstrząsy. Nadchodził ponad 2-setny kilometr od Ceciny więc rozglądaliśmy się za jakimś postojem, ale duży ruch w stronę Mediolanu nie zachęcał do przerwy. Zdecydowaliśmy się na postój dopiero po zjechaniu na autostradę już w kierunku Austrii, na parkingu Eni Campogliano Est. Tam też dokonałem potrzebnej analizy, co do stanu paliwa. Wyszło mi, że jak będę jechał w miarę spokojnie i zatankuję jak najpóźniej we Włoszech za te drobne które nam zostały, następne tankowanie będzie można zrobić już w tańszej stacji na terenie Austrii.

Dalszej drogi w kierunku Verony nie będę opisywał, bo i nie ma o czym, płasko, pusto, od czasu do czasu kanał, bądź rzeka, czasem Droga na Ostrołekę. Dopiero tym na czym można było oko zawiesić było lotnisko w Veronie, wysyłaliśmy w zimę tam narciarzy więc to i nawet ciekawość była większa, ale jak to zrobić jak czas goni, a ja nawet nie miałem jak zamienić się z żoną za kółkiem. Zobaczyłem tylko kawałek terminalu i płytę postojową w północnej części lotniska. Nawet żałowałem, ale do czasu bo przepiękne czyste niebo zaczęło odkrywać, to czego nie zobaczyłem w zeszłym roku, jadąc tą trasą z Austrii. Piękno ALP, a w zasadzie Dolomitów w pełnym świetle dnia. Nie podejmuje się opisać co mnie tak szczególnie zauroczyło, czy te ostro wspinające się w górę skalne ściany, czy ta tylko z lekka zazieleniona dzikość masywów górskich, czy może ta upartość ludzi, którzy podjęli się poskromić tak dzikie miejsca, począwszy od tarasowych pól uprawnych, a kończąc na budowie strzelistych zamków na niedostępnych skałach, nie wiem. Jestem za to pewny, że w takich pięknych okolicznościach przyrody, tylko 2 rzeczy mogły dopełnić tego spektaklu piękna: samolot i pociąg i wyobraźcie sobie one tez się pojawiły. Samolot ciągnący szybowiec do kolejnego lotu, i przelatujący obok parkingu pospieszny a zaraz po nim szyno bus, wytworzyły w mojej głowie taki natłok pozytywnych myśli, że jasnym stało się że bez względu na wszystko damy rade na czas dojechać do Hotelu pod (lub nad jak kto woli) Monachium.

A te wszystko miało jeszcze nastąpić. Po pierwsze, opłata za przejazd autostradą włoską może być zrealizowana tylko kartą kredytową bądź gotówką, totalna głupota jak dla mnie, więc pieniądze z kaucji za osiedle idą nie na Hotel, tylko na zafajdaną autostradę (rok temu narzekałem na zardzewiałe bariery ochronne i nic się nie zmieniło), Po drugie zapomniałem zdjąć antenę od CB radia a w Austrii jest ono zakazane, więc pierwsza wizyta na pierwszym parkingu, to zdjęcie patyka. Jak już stajemy to może nabrać paliwa i cos przekąsić ale niestety ceny benzyny zaporowe i wyższe jak we Włoszech, jedziemy dalej, ale nie długo bo pojawia się rezerwa. Nie ma strachu pamiętam, że kawałek dalej był świetny parking z Mak kwakiem i nie za wysoką ceną pod dystrybutorem, więc jak wydaje mi się miejsce znajome to zjeżdżam. Ups, niestety pomyłka, nie będziemy jednak ponawiać próby, część gastronomiczna wydaje się solidna więc zamawiamy cos dużego niby dla dzieci, ale jemy wszyscy, ja pije kawę a w międzyczasie tankuję, tylko za 40 E ponieważ pieniędzy z karty będę potrzebował na Hotel, a przy założonych limitach, mogę się nie wyrobić. Ruszamy jeszcze szybciej niż przyjechaliśmy a to za sprawa nieprzyjemnego incydentu.

Prawie każde Austryjackie i niemieckie stacje, WC mają płatne ale dla dorosłych dzieci mogą korzystać za darmo, jeśli tylko przejdą przez specjalnie wycięta dla nich osłonkę. Niby moje są na tyle duże, że musiałyby kucać ale w końcu to przecież jeszcze dzieci. Niestety po przejściu młodszy zostaje zatrzymany i cofnięty przez jakąś babcie klozetową, a ja nie mam drobnych, bo wszystko poszło na paliwo, więc płaczącego z niedowierzania młodego i kipiącego z wściekłości starszego (braterska jedność) nie mam wyjścia prowadzę na zaplecze na tyły ciężarówek, robimy co swoje i chodu. Ja rozumiem dbanie o czystość i środowisko, ale też trzeba być trochę wyrozumiałym dla dzieci. Trochę humory poprawiają nam widoki za szybą, jest równie ciekawie choć już nie tak wąsko, a i infrastruktura opiera się nie tylko na zboczach gór ale i na spektakularnie położonych wiaduktach. Jedyny nieprzewidziany minus przez wjazdem w tunel pod skocznią BERGISEL SCHANZE, to swąd spalonej gumy pochodzącej z ciężarówki, której kierowca chyba zapomniał, że jest jeszcze w górach i nie używał hamulca silnikowego (chyba że mu się zepsuł).

Już za Insbruck’iem nie mogę jechać tak szybko jak bym chciał, bo co chwilę roboty drogowe i ograniczenia. Turlamy się jednak karnie te 120 bo nie chcę zapłacić mandatu, chociaż przy takiej prędkości już wiem, dlaczego droga pomiędzy Monachium a Insbruck, wiedzie dookoła, żeby połączyć je w lini prostej trzeba by prawie całą trasę poprowadzić w tunelu. Wokół tylko góry, strzeliste góry i ogromniaste góry. Kwestie prędkości rozwiązuje dopiero wjazd autostrady na teren Niemiec. Po zeszło rocznym remoncie 130 i ani jednego drgnięcia jezdnia jak stół, niestety zaraz zjazd i już wielo pasmówka do Monachium. I tu zaskoczenie, pobocze jest wykorzystywane jako dodatkowy pas, i co jakiś czas jest to potwierdzane na wiszących nad autostradą tablicach jak dla mnie REWELACJA, tylko co z tego jak za chwilę pojawia się ograniczenie do 80 i prawie stajemy w miejscu. Nie trwa to jednak długo, kolejne zjazdy są tylko w prawo, więc zasadniczo trzymamy się tego pasa autostrady i jedyny zgrzyt jaki popełniłem to za wczesny zjazd z autostrady już w pobliżu lotniska. Zamiast na Dreieck Flughafen Munchen, zjechałem na Eching Ost. Trochę potrwało zanim zorientowałem się że jest za późno, było już jednak za daleko aby się wracać, jedyna rada: koniec języka za przewodnika. Biorę kartkę z rezerwacja wchodzę do takiej niemieckiej biedronki w miejscowości Goldach i próbuje coś szprechać po angielsku. Niestety prawie nikt go nie zna tylko jeden Pan ze stoiska mięsnego, za to jest nie stąd. Czyżby pat, skąd Pan po niemiecku do znającej okolice koleżanki a do mnie po angielsku, ja robie notatki. Niemcy to bardzo ciekawy kraj, wiecie dzięki komu znalazłem Hotel dzięki rzeźnikowi, u nas przecież nie ma już takich zawodów a mięcho co najwyżej kupisz na jakimś targu, a tu porządna instytucja w murowanym domu. Wystarczyło wrócić się 50 m., skręcić w prawo z stacją paliw Esso i szukać rzeźnika o wdzięcznej i poetyckiej nazwie FUNK potem w lewo i jesteśmy w domu.

Teraz czas na Hotel. Miałem nadzieję, że uda się zamówić pokoje w zeszłorocznym Hicie. Niestety na miesiąc przed terminem noclegu najtańsza 4 kosztowała ponad 800pln i ze zrozumiałych względów trzeba było szukać czegoś innego, ale w pobliżu. Wybór podyktowany ceną padł na REGENTPARK HOTEL. Trochę byłem zaniepokojony, bo to w końcu obiekt 4 gwiazdkowy, który na szczęście miał też część 2 gwiazdkową (moja ocena) i stąd cena w okolicach 80 E. Na początku jednak trzeba się zameldować, a w recepcji urządzonej jak angielski klub polo, tłok, i mnóstwo niezrozumiałej mowy. Na całe szczęście właściciel i jednocześnie recepcjonista porozumiewa się w trzech językach, w tym angielskim, i możemy zameldować się jak należy a nie na migi. Trochę kłopotów było tylko z zapłatą bo jak wyjąłem kartę Maestro która płacę bezpośrednio w Euro, widzę niewesołą minę i kiwającą na NIE głowę, więc cóż, wyjmuję złotówkową Visa’ę, i głowa zmienia kierunek ruchu na góra-dół i uśmiech rozjaśnia twarz. I ten komentarz visa kredytowa dobra na cały świat, nie chciałem wyprowadzać go z błędu, że to zwykła płatnicza, tylko chciałem jak najszybciej wprowadzić się do pokoju łyknąć piwa i odpocząć przed następnym etapem, w końcu dzisiaj był ponad 1000 i jutro też, wypoczynek wielce wskazany. Wszystko było w miarę w porządku nawet do przykrótkiego łóżka można było się przyzwyczaić, z to budząc się o 3 w nocy odkryłem tak ja jak i cała moja rodzina przykrą niespodziankę. LODÓWKA. W dobie klas oszczędnościowych wybiegających już ponad jeden Plus, agregat który musiał pracować cały czas i to cholernie głośno zdawał się dinozaurem w hotelu który niby miał 4 gwiazdki. Próby przykrycia i wyciszenia spełzły na niczym więc w ostatecznym akcie desperacji odnalazłem skrzynkę z bezpiecznikami wyłączyłem cholerę na amen, a co Polak Potrafi.

Potem poszło już szybko: pobudka o 8, śniadanko o 8:30 w budynku naprzeciw recepcji, w klimacie bawarskiej karczmy, szwedzki bufet (ale zapłacony za 3 osoby), kawka, pakowanie tobołków i w drogę. Pierwszy przystanek Płot, a raczej wyasfaltowany wjazd na pole z przedłużenia ulicy Teresienstrase, naprzeciwko terminala na Lotnisku w Monachium. Krótki spotting, bo miejscówka przednia widać podejście z zachodu, dobieg i parkowanie przy terminalu, i oczywiście kołowanie do startu. Po uchwyceniu lotowskiego E175 startującego w okolicach 10 kierujemy się w znanym kierunku czyli jeszcze kawałek wzdłuż lotniska, a po dojechaniu do Freisinger Strasse na wysokości Holiday Inn Expres, zakręt w lewo i do autostrady. Poranny ruch trochę spowalniał nasz wyjazd ale te kilkadziesiąt kilometrów do Ingolstadt minęła bardzo szybko. Żałuję tylko, że nie skręciłem wcześniej na Ratyzbonę bo poznałbym nowy kawałek Niemiec, ale i tak liczyło się tylko to aby w miarę szybko przemieszczać się w stronę Polski, w końcu jedziemy do hotelu WŁASNY DOM i nic nas nie goni. Jeszcze tylko tankowanie do pełna w okolicach Pegnitz, mały korek w okolicach Chemnitz i jesteśmy już w Polsce. Jest w okolicach 17 i jest szansa, że przed zmrokiem dojedziemy do Raszyna. O niespodziance dowiadujemy się z radia zepsuta ciężarówka utrudnia przejazd w okolicach Wierzchowic. Informacje radiowe mają jednak swoje opóźnienie więc liczę, że jest już czysto. Byłoby gdyby jakiś jełopa w pobliżu odholowywanej ciężarówki nie złapał kapcia, 20 kilka minut pełzania nerwowa atmosfera w samochodzie, a potem szaleńczy slalom pomiędzy maruderami pozwalają minąć Wrocław dopiero w okolicy 19, nie ma wyjścia trzeba zatrzymać się jak najszybciej na tankowanie o coś w rodzaju kolacji dla dzieciaków. I dobrze że zrobiliśmy to zaraz za Wrocławiem, ponieważ w ciągu dalszej trasy S8 aż do Łodzi nie ma już żadnej stacji przy drodze.

Ekspresówka Wrocław-Łódź bardzo ładnie przeprowadzona z jasnym asfaltem, co w zapadającym mroku pozwala łatwiej czuć kształt drogi, ja się więc nie nudzę, Dzieci i żona za to wypatrują na okolicznych polach i łąkach saren, tylko księżyc w Pełni leniwie umieścił się nad horyzontem i spokojnie sobie spogląda. Zakończenie S8 pod Łodzią nie jest zbyt dobrze oznaczone, więc wśród remontowanych dróg i wielokrotnych skrzyżowań kierujemy się nie w tą stronę co bym chciał, a jedyne co mogę teraz zrobić to trzymać się szybszych samochodów, aby jak najprędzej już w ciemności dojechać do zjazdu na Bełchatów, po to aby na wiadukcie zrobić zawrotkę i finalnie już udać się kolejną ekspresówką prosto do domu, dzisiejszy etap po powyższym kluczeniu wydłużył nam Trasę do 1100 km ale to nic jesteśmy w domu pełni wrażeń w głowach i zdjęć w aparatach. Kolejna część Europy zwiedzona.

Umieść "Giro di Italia czyli urlop cz.5 Powrót." do Facebook Umieść "Giro di Italia czyli urlop cz.5 Powrót." do Google

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy