Zobacz kanał RSS

Z wężem na szpilce...

Strach - czyli szybkie bicie serca...

Ocena: 84 głosów, 5.00 średnio.
przez w dniu 01-12-2023 o 23:55 (1046 Odsłon)
Kiedy zaczynałem pracę w LPR bardzo często dostawałem pytanie: „A nie boisz się, że nie dasz rady” patrząc na ludzką tragedię i te koszmarne obrazy?” Przyznam szczerze, że nie bardzo wiedziałem jak to będzie. Oczywiście nadrabiałem rubasznymi żartami i starałem się nie odstawać od reszty „teamu”, jednak w głębi duszy nurtowało mnie TO pytanie: a jak się zachowam widząc krwawy wypadek i ludzkie cierpienie? Przecież tego nie uczą w szkołach ani na żadnych kursach…
Ciepła, czerwcowa sobota, zwiastowała „dzień lotny”. Zapowiadano dosyć wysokie temperatury na ten dzień – to znak, że „społeczeństwo” gromadnie wylegnie na wszelkie „aktywności” a rolnicy wyruszą „w pole” korzystając z dobrej pogody.
Szum lądującego „tampaxa” (takie slangowe, „wieżowe” określenie samolotu w malowaniu NORWEGIAN) tłumi dzwonek telefonu: wypadek drogowy na bocznej drodze, na południe od Wieliczki. Szybkim ruchem odkładam patelnię , na której przygotowywałem specjały do obiadu – są ważniejsze sprawy niż posiłek. Kilkadziesiąt sekund i już siedzę w kabinie swojej LIMY (SP-HXL) z uruchomionymi silnikami. „Wieżyczka, Ratownik 6, gotowi do odlotu w rejon - na południe od Wieliczki. Opuszczenie CTR zgłosimy!” Jestem w doborowym składzie gdzie każdy rozumie się bez słów – po pierwszych miesiącach pracy „w linii”, już wiadomo z kim „dobrze się lata”.
Słońce w zenicie praży niemiłosiernie – aż przypominają się słowa piosenki Maanamu: ”a słońce wysoko, wysoko, świeci pilotom w oczy…” Niestety, w naszym przypadku, w kabinie bez klimatyzacji, słońce nie cieszy się taką estymą jak w piosence: temperatura w kabinie przekracza grubo ponad 35*C a kombinezon plus wysokie buty nie pomagają…
Minuta do miejsca zdarzenia. Z daleka widzimy koparkę – w końcu o tej koparce była mowa w zgłoszeniu. Szybki przelot nad miejscem i dowrót pod wiatr – kątem oka oceniam potencjalne miejsca do lądowania: droga – OK, ale obok jest linia niskiego napięcia, duże pole – za daleko do zdarzenia, zielony placyk obok drogi – OK. To jest to! Krótka prosta i sprawdzenie przeszkód przed lądowaniem – w zawisie przemieszczam nad placyk, który okazuje się zielonym poletkiem z drzewami na krańcach. Na szczęście lekarz i ratownik „wyświetlają” mi mapę terenu w głowie poprzez informacje o kierunku i odległości od przeszkód. Ufam im bezgranicznie – to TYLKO dzięki nim mogę bezpiecznie posadzić śmigło w ograniczonym terenie.
Już wiem, że „będzie grubo” – ślady krwi na drodze są widoczne nawet z 10 metrów.
Lekarz już jest na miejscu. Wyłączam pośpiesznie silniki i daję znak do ratownika, że może iść - dookoła mnie nie widać nikogo, kto mógłby wtargnąć pod obracające się jeszcze łopaty wirnika nośnego.
Otwieram drzwi do kabiny medycznej, wysuwam nosze, odpinam pasy i już słyszę krzyk lekarza: Grześ, choć ty szybko!
Dopadam do małego zgromadzenia na skraju drogi – kątem oka widzę nogi wystające spod czarnego worka. Przez chwilę nie rozumiem co do mnie mówi lekarz – patrzę na niego bezmyślnie, ale krótkie: „Grześ! Hans! (moja ksywa z armii) Podaj hemostatyki! Są w plecaku – powiem Ci gdzie”.
Dopiero teraz dostrzegam, że przede mną siedzi mężczyzna, ale jakiś dziwny – już wiem! Brakuje mu… części klatki piersiowej! Brak żeber uwidacznia bordowe, falujące płuco!!! Nie ma czasu na emocje – sięgam do plecaka i wyciągam hemostatyk zgodnie ze słowami lekarza. „Rozerwij i syp na ranę, ale odwróć najpierw twarz!” Chodzi o to, że proszek hemostatyczny jest bardzo drobny i łatwo wpada w oczy – uwaga jest słuszna. „OK, teraz owijaj bandażem – tak, tak jest OK, i jeszcze jedna rolka!” Wszystkie ruchy wykonuję jak automat – gdyby teraz zażądał abym tańczył na rękach to pewnie bym to zrobił. Siła sugestii i… sprawczości w misji. Pacjent powoli osuwa się na zbocze drogi – anestetyki zaczynają działać i mechaniczna wentylacja zastępuje oddech. Dziwnie tak się patrzy na człowieka, z którym przed chwilą się rozmawiało (bo coś tam do niego mówiłem a on odpowiadał) i nagle jest on… czymś, kimś – pacjentem. Czyli naszym ZADNIEM. Bez emocji, bez stresu – ot, „zadanie do wykonania” zgodnie z najwyższymi , znanymi standardami.
Już pacjent jest na naszych, wysuwanych noszach i wjeżdża do śmigłowca – miarowe zapisy na LIFEPACK-u świadczą o ustabilizowaniu pacjenta do transportu. Teraz jest NASZ.
W międzyczasie, nauczony teoriami od swoich ratowników i lekarzy sprawdzam drogę wokół zdarzenia – czy nie ma jeszcze dodatkowych osób poszkodowanych, bo w ferworze walki z pierwszym pacjentem łatwo przeoczyć kolejnych. Na szczęście dojechała już OSP i zaczynają ogarniać miejsce zdarzenia. A zdarzenie jest makabryczne: na skuterze jechał ojciec ze swoim dzieckiem. Droga była z górki – a z boku, z podniesionym lemieszem wyjechała ładowarka. Kierowca ładowarki nie widział ruchu bo wyjeżdżał z obniżonego pola. Mężczyzna jadący skuterem zauważył lemiesz i odchylił głowę. Jednak lemiesz zaczepił jego korpus rozrywając klatkę piersiową (na szczęście po stronie przeciwnej od serca). Niestety, dziecko nie odchyliło się i doszło do dekapitacji. Teraz już wiem, dlaczego strażacy mówili aby nie podchodzić do czarnej folii...
Startu z miejsca zdarzenia nie pamiętam – działałem jak automat: Batery Master, silniki, TRQ wysokość decyzji, odlot pod wiatr, etc. Włączył się AUTOMAT – wszystko zgodnie z SOP a jednak na turbo przyspieszeniu. Liczy się życie NASZEGO pacjenta. Dlaczego tak? Bo każdy pacjent, który trafi na nasz pokład jest już NASZ! I każdy członek załogi zrobi wszystko aby miał jak najlepszą opiekę i dotarł do szpitala w jednym kawałku – to jest nasza misja!
Wracamy do bazy, emocje opadły i głównym problemem są proste potrzeby jak np. „głód” , który daje wszystkim się we znaki. Ssanie w żołądku też przeszkadza. Trzeba uzupełnić siły bo wezwanie może wpaść za godzinę lub za chwilę, tuż po zatankowaniu śmigłowca. W końcu nie będziemy trzymać statusu „Powrót na radiu” do czasu aż zjemy, jak niektórzy „lamerzy” z innych baz! Cóż, „RATOWNIK 6” wie po co przychodzi do pracy
OK, może trochę „pojechałem”, ale to tutaj rodziła się prawdziwa „hemsowa robota” – historia zobowiązuje


PS: te pierwsze „krwawe” doświadczenia okazały się spokojne – żadnych trudnych tematów, nieprzespanych nocy i traum – ot, zwykła „hemsowa robota” o której wspomniałem. Wielka w tym zasługa moich „zajebistych” współpracowników – ratowników i lekarzy: czasami szorstkich, czasami wkurzających, ale zawsze pomocnych, wesołych i znających się na swojej pracy. I to jest clou całego sukcesu: zgrana, znająca się i lubiąca załoga! Proste, a jakże czasami trudne do spełnienia. Mówię tak w kontekście wiedzy, którą później posiadłem jako instruktor ACRM, a która dotyczyła „hemsów” gdzie załogi „mijały się bokami” – z wielką niechęcią personalną , ale zgodnie z SOP! Cóż, może dlatego w Krakowie zawsze było „inaczej”… Któż to wie…
To be continued...
piotrekc64, szorstki, mco and 17 others like this.

Umieść "Strach - czyli szybkie bicie serca..." do Facebook Umieść "Strach - czyli szybkie bicie serca..." do Google

Updated 02-12-2023 at 08:58 by SAR37

Kategorie
Bez kategorii

Komentarzy

  1. Awatar mco
    • |
    • permalink
    Mocny wpis. I na prawdę nie macie zajęć, szkoleń z psychologami? Mam w bliskiej rodzinie strażaka zawodowego i widać że chłop ma taki smutek w sobie.
  2. Awatar SAR37
    • |
    • permalink
    Oczywiście, że mamy cały zespół wsparcia psychologicznego - w każdej chwili można zadzwonić, pogadać lub umówić się na rozmowę. Dodatkowo, corocznie na szkoleniach okresowych mamy zajęcia z psychologami/psychoterapeutami. Jednak, ztcw, to mało jest osób, które korzystają z takiego wsparcia. Większość potrafi sama „przepracować” takie zdarzenia. W końcu ktoś, kto przychodzi do ratownictwa medycznego, wie z czym będzie się mierzył
    mco, hawky and Mimis like this.
    Updated 22-12-2023 at 13:34 by SAR37