Trudne słowo – „etyka” zawodowa.
przez
w dniu 27-10-2024 o 16:44 (2448 Odsłon)
„Gdyby CZŁOWIEK, był przystosowany - przez naturę - do pracy w nocy, to miałby wielkie, doskonale widzące w ciemności oczy oraz zdolność do długotrwałego, świadomego czuwania”.
Dyżury nocne w bazach 24H – dla jednych: „święty Graal” łatwych pieniędzy, dla drugich: wyczerpujący obowiązek pracy.
Osobiście należę do tych „drugich” – praca w nocy, niezależnie od jej intensywności, zawsze powoduje wzrost zmęczenia
i trudności adaptacyjne w dniach następnych. Do tego, najgorsze są wezwania w tzw. „prime time” - czasie pomiędzy pierwszą
a trzecią w nocy. To na ten okres przypada czas regeneracji organizmu wraz z najgłębszą fazą snu - REM.
Telefon dzwoni tak przeraźliwie, że, w pierwszym odruchu po otwarciu oczu, nie wiem gdzie jestem (dziwnym trafem, podczas snu, dzwonek budzika zawsze jest elementem marzenia sennego).
Wezwanie dotyczy NZK (nagłe zatrzymanie krążenia) kilkuletniego dziecka. Szybko zakładam kombinezon, buty i już zmierzam do hangaru wyprowadzić naszego, drzemiącego w półmroku „ecka”. Rzut oka na zegarek – jest krótko przed piątą. Ociężałość senna znika wraz z uruchomieniem pierwszego silnika. Narastający, dobrze znany, równy dźwięk rozkręcających się turbin działa jak poranna kawa.
Kilka chwil i jesteśmy w powietrzu z kursem na południe. Jeszcze tylko dopasować poziom oświetlenia przyrządów oraz ostrość widzenia gogli NVG. No, to lecimy…
I tutaj, większość użytkowników statków powietrznych, znalazłaby czas na lekkie obniżenie uwagi – warunki przelotowe nie są tak obciążające jak start, czy lądowanie.
Niestety, pod goglami widać już błyskające na niebiesko „koguty” służb naziemnych - dolatujemy do miejsca wezwania. Szybki przelot nad miejscem, przegląd okolicy w goglach (na wypadek obecności linii wysokiego napięcia lub innych, istotnych przeszkód), decyzja… i już przyziemiamy na poletku obok domu jednorodzinnego.
Zanim pilot wyłączy śmigło i podejdzie do miejsca zdarzenia, zazwyczaj już się domyśla, jaka jest sytuacja: strażak biegnący do ratownika po kolejne sprzęty medyczne z pokładu, nie wróży nic dobrego.
Reanimacja trwa. W oddali pomieszczeń domowych słychać pełen bólu szloch (jak się domyślam) matki. W międzyczasie orientuję się, że sytuacja jest skrajnie poważna – dziecko trzeba przetransportować do szpitala w trakcie RKO (resuscytacji krążeniowo-oddechowej). Z racji dosyć problematycznego wykonywania takich czynności na pokładzie śmigłowca, lekarz decyduje się na transport dziecka do szpitala specjalistycznego przy użyciu ambulansu kołowego („karetki”).
Po pospiesznym odjeździe karetki, razem z ratownikiem pakujemy się do śmigła i lecimy do szpitala po lekarza i sprzęt medyczny. Na szczęście to tylko kilka minut lotu, które, niepodziewanie, umila nam poświata wschodzącego słońca.
Zgodnie z naszymi instrukcjami, pilot nie musi brać udziału w czynnościach ratowniczych, bo jego głównym zadaniem jest dbanie o sprzęt latający (przegląd przed- i polotowy) oraz jego ochrona na ziemi (przed penetracją bądź zaborem przez osoby niepowołane). Zdarzają się jednak sytuacje, że pomoc pilota jest nieodzowna w działaniach ratowniczych, na zasadzie dostarczenia potrzebnego wyposażenia medycznego, ze śmigłowca do miejsca zdarzenia lub pomocy w transporcie sprzętu medycznego ze szpitala do śmigłowca. W końcu, wszyscy jesteśmy ZAŁOGĄ i pomagamy sobie nawzajem na różnych etapach misji.
Wraz z pacjentem i lekarzem, w karetce, pojechało mnóstwo naszego sprzętu. Powstała konieczność podejścia na SOR celem pomocy ratownikowi w „zabraniu się z bambetlami” na lądowisko. Dodatkowo, lądowanie na lądowisku wyniesionym, do którego dostęp – oprócz załogi – ma jedynie wykwalifikowany, ściśle określony personel, spowodowało, że mogłem sobie pozwolić na wyjście do SOR.
W sali nadal trwały czynności ratownicze. Zebrałem więc część naszego sprzętu aby nie przeszkadzał i zacząłem go kompletować na korytarzu. Zza pleców dobiegł mnie tłumiony szloch i ciche próby uspakajania – to rodzice dziecka zdążyli przyjechać do szpitala. Fakt, odległość nie była zbyt wielka, a i wczesnoporanny ruch na drodze pozwolił na szybkie dotarcie.
MY już wiemy, że sytuacja jest dramatycznie beznadziejna – pomimo zastosowania wszelkich, znanych czynności ratowniczych, specjalistycznego sprzętu medycznego, dziecko jest „utrzymywane przy życiu” już tylko za pomocą aparatury wymuszającej czynności krążeniowo-oddechowe.
Razem z ratownikiem kompletuję sprzęt medyczny na korytarzu, lekarz wypełnia swoje „papiery”, rodzice dostali zgodę aby podejść do swojego dziecka.
I wtem słyszę bezrefleksyjny, nijaki i zarazem okrutny głos lekarza: „Proszę Państwa, wyczerpaliśmy wszelkie czynności ratownicze, w zasadzie teraz dziecko nie żyje…”
Przeraźliwy skowyt bólu przeszywa powietrze wokoło i wwierca się wszystkim pod czaszkę. Ten kto słyszał rozpacz matki tuż po stracie dziecka wie, o czym piszę. To wysoce traumatyczne doświadczenie, które zapisuje się ostrą, nieusuwalną czcionką w naszej pamięci.
Uciekamy wzrokiem, aby nie patrzeć po sobie, prawie nie słyszymy jak lekarz z SOR kontynuuje: „jak Państwo chcą to możemy jeszcze kontynuować (czynności ratownicze) przez godzinkę...” Dopiero w windzie zaczynamy analizować całe zdarzenie i dzielić się uwagami.
Informowanie o śmierci ukochanej osoby – w szczególności dziecka – winno odbywać się na zupełnie innych zasadach. W tak delikatnej materii, nie można wyzbywać się wyczucia! Ja wiem, że praca na SOR jest – na serio – bardzo ciężka, że po całej nocy możemy być zmęczeni i odrealnieni, ale przekazywanie informacji o śmierci, w tak bezrefleksyjny, wręcz nijaki sposób, w otoczeniu personelu, który krząta się po sali, przy otwartych drzwiach i wręcz niewypowiedzianej, ale odczuwalnej „obcości” (bo rodzice to osoby „przeszkadzające”!) jest niedopuszczalne!
Ciekawe, czy ów lekarz chciałby być, w ten sam sposób, poinformowany o śmierci własnego syna czy córki? Czy czekałby ze spokojem, aż jego kolega „po fachu” przyjdzie i na korytarzu, pomiędzy jednym a drugim kęsem kanapki, powie mu: sorry, Twój dzieciak nie żyje!?
A rzekomo to jeden z najlepszych szpitali dziecięcych na południu Polski...
EMPATIA – to jest coś, czego ciągle brakuje w naszym systemie ochrony zdrowia, niezależnie czy mówimy o dziecku, czy o osiemdziesięcioletniej babci w szpitalnej koszuli. I żeby było jasne: pieniądze nie załatwią wszystkiego! Możemy dosypywać do „systemu” góry pieniędzy, podnosić pensje, zatrudniać specjalistów z pierdyliardem dyplomów, kursów, szkoleń i certyfikatów – jeśli zabraknie tego jednego elementu – empatii będącej składową etyki, to nadal, ocena społeczna naszej działalności będzie szorować po dnie. Nadal będą zdarzały się sytuacje jak powyższa, nadal będą pracowały w systemie osoby, które są swoistymi, „czarnymi owcami”, sabotującymi wysiłek innych, nadal będziemy narzekać na opiekę zdrowotną!
Co ciekawe a zarazem bardzo smutne: po 89 roku, ŻADEN rząd – od lewej do prawej strony sceny politycznej - nie odważył się na gruntowną, racjonalną i ewaluacyjną przebudowę systemu ochrony zdrowia! Były tylko pojedyncze, celowane akcje, rozwiązania, „usprawnienia”, które można nazwać „plastrami” na „zaognione” miejsca… i tyle. Interesy, interesiki… Życie..
Wracaliśmy do bazy, kiedy słońce było już wysoko nad horyzontem – prawie jak w słynnej piosence: „a słońce wysoko, wysoko, świeci pilotom w oczy…”. Pomimo pięknych okoliczności otaczającej przyrody, jednak trochę zmęczeni i mocno „zdegustowani” (aby nie używać mocniejszego słowa) – tym razem nasze wysiłki nie pomogły. Cóż, w tej pracy bywa i tak...










